Thank you, Marcin, for another translation. Here is the original: Thinking in Straight Lines.
Spójrzmy prawdzie w oczy – my jako cywilizowana, wyedukowana, oświecona część ludzkości domagamy się, aby otaczające nas rzeczy były proste. Niech prymitywni tubylcy żyją w malowniczych i praktycznych okrągłych chatkach – my życzymy sobie abstrakcyjnych, stalowych pudełek i betonu platerowanego szkłem, z mnóstwem przyjemnych linii prostych, autentycznie wertykalnych, horyzontalnych, planarnych powierzchni i obfitością kątów prostych cieszących oko. Niech tubylcy wypełniają sobie dni wałęsaniem się w górę i w dół malowniczymi, wijącymi się ścieżkami, wytyczonymi przez pasące się zwierzęta – kiedy budujemy drogę, bierzemy mapę i przykładamy do niej linijkę i wszystko, co stoi na drodze tej linijki, malownicze czy nie, musi być wysadzone dynamitem, wyrównane buldożerem, ponieważ każdy wie, że podróżowanie w linii prostej jest bardziej wydajne.
Większości z nas to odpowiada, zatem uznajemy linie proste za naturalne. W rzeczywistości nasz świat zawiera tylko dwa rodzaje naturalnych zjawisk, które dają początek liniom prostym: obiekty spadają lub wiszą w prostych, pionowych liniach i promień światła podróżuje w linii prostej; poza liniami pionu i liniami widzenia wszystko jest albo zakrzywieniem, albo zygzakiem. Skoro w zdecydowanie większym stopniu nasze środowisko jest sztuczne – i po brzegi wypchane liniami prostymi oraz płaskimi powierzchniami horyzontalnymi i wertykalnymi – sporadycznie bywamy zmuszeni konfrontować się z tym faktem. Oczywiście, bardziej wyrobieni naukowo pośród nas wiedzą, że linie proste są jedynie wygodną fikcją. Zaczynamy od konceptualnych ram przestrzeni, które składają się z osi x, y, z i następnie przechodzimy do zmuszania naszych obserwacji, aby mieściły się w tych ramach, aż do momentu, kiedy niedopasowanie staje się zbyt oczywiste, by je zignorować, jak w przypadku obiektów zrzuconych z orbity, czy światła z odległych galaktyk, które bywa tak dalece zakłócone przez galaktyki pobliskie, że obraz przypomina rozmazaną plamę.
Jednakże fikcja ta jest faktycznie bardzo wygodna. Po pierwsze, wszystkie linie proste są wzajemnie wymienialne i kompatybilne. Kiedy budujemy mamy w zwyczaju kłaść rzeczy 'na' lub 'obok' innych; jeżeli posiadają linie proste, wówczas nie wymaga to wymyślnego dopasowania – możemy po prostu połączyć je bezceremonialnie w jakikolwiek sposób i skutecznie przejść do następnego ćwiczenia w budowaniu pudełek. Kiedy odwiedzamy skład drzewny raczej nie kupujemy drewna, tylko przecięte przezeń linie proste. Drzewa wiedzą znacznie więcej od nas na temat konstruowania maksymalnie wydajnych drewnianych struktur, ale my lubimy linie proste, zatem przecinamy najmocniejszą część drzewa – koncentryczne pierścienie, które składają się na pień – aby wykonać idealnie prosty kij. Moglibyśmy budować piękne, mocne, długowieczne struktury wykorzystując budulec drzewny wyrosły stosownie do potrzeb (tak, jak robią to niektórzy z nas), lecz generalnie tego nie robimy, ponieważ jesteśmy leniwi mentalnie, zawsze w nadmiernym pośpiechu, a z linii prostych uczyniliśmy fetysz.
Nie jest specjalnym zaskoczeniem, że nasze upodobanie do linii prostych przekłada się na sposób, w jaki myślimy o relacjach między obiektami – konstruowane przez nas mentalne modele naszego świata. Przykładowo za kwestię prawości i uczciwego postępowania uznajemy, aby cena była linearnie proporcjonalna do ilości otrzymywanych produktów: jeżeli płacisz dwa razy więcej powinieneś otrzymać dwa razy więcej ziemniaków. Upusty ilościowe są akceptowalne i czasem oczekiwane, ale wycena według krzywej jest ogólnie postrzegana jako podejrzana. Nie ufamy krzywiznom. Funkcje schodkowe są w porządku, ponieważ składają się z segmentów złożonych z linii prostych. Jesteśmy w stanie ścierpieć przedziały podatkowej skali, ale spróbuj opodatkować ludzi w oparciu o formułę nielinearną i z pewnością wybuchnie podatkowa rewolta. Gdyby ziemniaczany rynek był produktem biologicznej ewolucji, a nie wymysłem ludzkim, prawdopodobnie wglądałby tak: cena byłaby pewną nielinearną funkcją, która jest wprost proporcjonalna do wartości netto klienta, a liczba wydanych ziemniaków byłaby pewną nielinearną funkcją, która jest odwrotnie proporcjonalna do jego talii netto. Ulokujcie sakwy z pieniędzmi na jednej szali, swoje zwały tłuszczu na drugiej i część ziemniaków wypadnie. Taki naturalny mechanizm regulacji powstrzymałby otyłych i majętnych żarłoków przed wyprzedzeniem w konsumpcji całej reszty, lecz tak być nie może, bowiem mamy silną kulturową skłonność preferowania prostego, linearnego związku między ilością i ceną.
Linie proste są popularne wśród sklepikarzy i ich klientów, ale nikt nie wielbi pomiarowej krawędzi bardziej od technokraty. Dane z prawdziwego świata ogólnie przypominają kolekcję niepowtarzalnych artefaktów opisanych przez kwalitatywnie odmienne własności oraz wywnioskowane relacje, wszystkie ulegające fluktuacjom w czasie i w taki sposób, który opiera się bezpośredniemu zastosowaniu pomiarowej krawędzi. Dlatego pierwszy krok to określenie ilościowe własności oraz – jeżeli jest to w ogóle możliwe – zignorowanie relacji. Następny krok to wybór tylko dwóch parametrów i przedstawienie tych artefaktów jako punktów na kawałku milimetrowego papieru. Voilà: znaleziony został linearny związek między dwoma skomplikowanymi zjawiskami, które teraz mogą być potraktowane jako prawdziwe i obiektywne – coś, czym można podzielić się ze swoimi kolegami i wykorzystać jako podstawę strategii działania – ponieważ zawiera linię prostą, która mówi, że jedna rzecz jest proporcjonalna do innej, zatem wiemy jakiego oczekiwać rezultatu, kiedy zaburzymy jedną lub drugą.
Linie proste są również popularne wśród inżynierów. Inżynierowie pracują ciężko, aby zaprojektować linearne, niezmienne w czasie systemy, w których wydajność jest wprost proporcjonalna do wkładu w każdym upodobanym przez nas momencie. Z ich perspektywy odchylenia od zachowania linearnego są defektami. Z naszej perspektywy także: możemy je usłyszeć, kiedy wzmacniacz audio ma nielinearne efekty, ponieważ zniekształca dźwięk; możemy je dostrzec, kiedy optyka zniekształca obraz. Możemy odróżnić linię prostą od zakrzywionej bez jakichkolwiek narzędzi. Ale narzędzia matematyczne stosowane przez inżynierów do projektowania tych linearnych, niezmiennych w czasie systemów są szczególnie dobre – jak na matematyczne narzędzia. Matematyka może być nawet przyjemną rozrywką jako rodzaj zaawansowanej gry dla filozofów, ale jej znakomita większość z punktu widzenia inżyniera jest problematyczna. Można opisać praktycznie wszystko stosując zestaw równań różniczkowych, ale przeważająca ilość interesujących zjawisk – przykładowo zachowanie płatu skrzydła w strumieniu powietrznym, czy zachowanie rozgrzanych gazów w komorze spalania – prowadzi do równań, które nie sposób rozwiązać analitycznie; podejść do nich można jedynie stosując metody numeryczne, przy wykorzystaniu komputera. Skonstruowany zostaje matematyczny model i rzuca się weń przypadkowymi liczbami, aby przekonać się, co z tego wyniknie. Jednakże linearne, niezmienne w czasie systemy są opisywane przy zastosowaniu niepowtarzalnie układnej klasy równań różniczkowych, mających analityczne rozwiązania o zamkniętej formie, które dostarczają w bezpośredni sposób odpowiedzi na pytania projektowe, zatem studenci inżynierii ćwiczą je do znudzenia, a w przyszłości projektują i budują wszelkiego rodzaju maszynerię zachowującą się tak linearnie, jak to tylko możliwe, od skromnych pokręteł głośności po złożone płaszczyzny sterowania samolotem. Z kolei ta układna, przewidywalna maszyneria pozwala nam osiągnąć linearne efekty w gospodarce: zbuduj więcej rzeczy – otrzymasz proporcjonalnie więcej pieniędzy; wydaj więcej pieniędzy – otrzymasz proporcjonalnie więcej rzeczy. Jak można podejrzewać, koncepcja ta sprawdza się do pewnego stopnia.
Przypomnijmy raz jeszcze: linie proste są jedynie wygodną fikcją. Nie ma fizycznego analogu matematycznej linii prostej, który biegnie od minus nieskończoności do plus nieskończoności. W najlepszym razie możemy użyć wszystkich kunsztownych zabiegów, aby stworzyć względnie krótkie segmenty linii prostej. Prawda wygląda tak, że inżynierowie nie potrafią stworzyć linearnych systemów; mogą jedynie stworzyć systemy, które demonstrują linearne zachowanie w obrębie swojego linearnego obszaru. Poza tym obszarem przyroda robi to, co potrafi najlepiej: wykonuje szalone zakrzywienia i zygzaki i ogólnie zachowuje się w przypadkowy i nieprzewidywalny sposób. Znanym z naszego codziennego doświadczenia przykładem na to, co się dzieje, kiedy przekroczymy granice linearnego obszaru jest fenomen przeciążenia wzmacniacza audio. Efekt będący jego rezultatem nazywa się przesterowaniem (clipping) i brzmi jak wyjątkowo nieprzyjemny, przeszywający, zgrzytliwy dźwięk. Są tylko dwa rozwiązania: obniżyć głośność (powrócić do parametrów obszaru linearnego) lub zdobyć wzmacniacz o większej mocy.
W sferze ekonomii efekty przekroczenia granic obszaru linearnego mogą być nawet bardziej nieprzyjemne. Budowanie domów pozostające w granicach tego obszaru generuje więcej bogactwa, ale tuż poza obszarem dość szybko zaczynają się dziać rzeczy dziwne: ceny nieruchomości odnotowują katastrofalny spadek, hipoteki tracą wartość i budowanie większej liczby domów staje się wybitnie złym pomysłem. W granicach obszaru linearnego posiadanie większej ilości pieniędzy czyni cię bogatszym, w tym sensie, że jesteś zdolny zakupić więcej rzeczy, ale poza granicami obszaru jesteś zmuszony zdać sobie sprawę, że skoro większość pieniędzy istnieje dzięki pożyczaniu, to de facto stanowi zadłużenie i kiedy pojawia się niewypłacalność, bez względu na to jak dobrze prezentuje się na papierze twoja wartość netto, stajesz w obliczu ubóstwa, które dodatkowo pogarsza fakt, że nie masz praktyki w egzystowaniu bez grosza. W granicach obszaru linearnego inwestowanie większych sum w produkcję energii generuje więcej energii, lecz niedaleko poza nim produkcja energii spada i może niechcący zniszczyć całe sektory przemysłu i ekosystemy.
Skoro linearność jest fikcją użyteczną tylko do pewnego stopnia, to jak wygląda kwestia niezmienności w czasie? Niewątpliwie ona także musi mieć swoje granice. Wciskanie pedału gazu może za każdym razem wywołać przyspieszenie, ale ilość paliwa w baku zmniejsza się monotonicznie, aż nie pozostanie w nim nic. Jeżeli chodzi o bardziej złożone, dynamiczne systemy – przemysły, gospodarki, społeczeństwa – to mogą one do pewnego stopnia reagować na zewnętrzne bodźce w linearny i niezmienny w czasie sposób, ale za tą stabilną fasadą ich zdolności ulegają erozji, ich zasoby zmniejszają się, ich złożoność wzrasta i poza pewnym punktem rozpoczyna się całkowicie odmienny proces: proces upadku. Takie systemy generalnie nie stają się mniej skomplikowane, nie redukują spontanicznie swoich rozmiarów, czy zużycia surowców, reagując przy tym na zewnętrzne bodźce w kontrolowany, linearny sposób.
Tak mocno i tak głęboko wrósł w nas nawyk myślenia w liniach prostych, że często nie potrafimy sobie wyobrazić, iż moglibyśmy kiedykolwiek opuścić obszar linearny, a kiedy już tak się stanie nie potrafimy tego dostrzec, chociaż dowody mamy przed sobą. Specjalistyczne analizy sądowe katastrof lotniczych czasem ujawniają, że w swoim ostatnim odruchu pilot wyrwał konsolę sterowania z podłogi kokpitu – akt, który wymaga nadludzkiej siły – tak mocno ciągnął za drążek, aby podnieść dziób samolotu. Jestem pewien, że istnieje całe mnóstwo pilotów – we wszystkich sferach życia – którzy wybiorą katastrofę, z całej siły ściskając ster, ze wzrokiem wbitym w odległy, nieistotny lub fikcyjny horyzont, zamiast wcisnąć guzik od katapulty. Doświadczenie całego ich życia ograniczało się do obszaru linearnego i dlatego nie potrafią sobie wyobrazić, że mógłby kiedykolwiek się skończyć.
Jeden szczególnie istotny przykład takiego myślenia wiąże się z kwestią Peak Oil zazwyczaj wyrażaną jako założenie, iż globalna produkcja ropy zdążyła już osiągnąć lub osiągnie niebawem swój szczyt wszech czasów, a następnie rozpocznie stopniowy spadek rozłożony na przestrzeni kilku dekad. Wyczerpanie nafty jest modelowane jako linearna funkcja produkcji ropy: kilka procent rocznie, utrzymujących się z sezonu na sezon mniej więcej na stałym poziomie. Jednocześnie zużywanie ropy przez społeczeństwa przemysłowe jest często użytecznie charakteryzowane jako uzależnienie. Przećwiczmy tę metaforę i przekonajmy się dokąd nas zaprowadzi. Załóżmy, że mamy do czynienia z narkomanem, który cierpi na wzbierający heroinowy nałóg i który zmuszony jest naciągać z coraz większym mozołem, aby zaliczyć kolejną działkę. Teraz załóżmy, że globalna produkcja heroiny osiąga swój szczyt, ceny idą w górę, zaopatrzenie słabnie i nasz ćpun musi rozpocząć obcinanie dawki. Po upływie niezbyt długiego czasu mamy już do czynienia z chorym narkomanem, który nie jest w stanie opuścić swojego lokum i naciągać celem pozyskania następnej działki. Zaraz potem mamy upadek rynku heroiny, ponieważ narkomani zostali zmuszeni w mniejszym lub większym zakresie rzucić nałóg. To zaburzenie na rynku, nawet tymczasowe, sprawia, że produkcja narkotyku zmniejsza się jeszcze szybciej, koszty produkcji i ryzyko towarzyszące wzrastają itd. Poza pewnym punktem rynek heroiny nie byłby już charakteryzowany jako linearny, niezmienny w czasie system, w którym im więcej płacisz, tym więcej otrzymujesz w dowolnym momencie, ponieważ tak niewiele pozostałoby do rozdystrybuowania.
Podobnie jest z ropą. Zaraz po huraganie Katrina w niektórych południowych stanach USA miało miejsce zaburzenie dostaw paliwa. Ludzie pisali do mnie, że w rezultacie nastąpił natychmiastowy chaos: społeczeństwo szybko przestało funkcjonować na wszystkich poziomach. Niedobór był tymczasowy i szybko o nim zapomniano, ale gdyby był to niedobór długoterminowy, systemowy, z pewnością zaobserwowalibyśmy wszystkie typowe następstwa: zapasy paliwa wyparowane na skutek tankowania baków po brzegi i spalania podczas jazdy w kółko, z pełnym zbiornikiem i baterią kanistrów w bagażniku; mnóstwo paliwa zmarnowanego podczas jazdy w poszukiwaniu benzyny i podczas postojów w długich kolejkach do dystrybutorów; mnóstwo spuszczania benzyny ze zbiorników i w rezultacie wielu porzuconych na drogach kierowców; wielu ludzi nie zdolnych dotrzeć do pracy; niedługo potem paniczne wykupowanie produktów pierwszej potrzeby, plądrowanie i zamieszki, sparaliżowany handel, federalne służby przywracające porządek na ulicach, godzina policyjna, ograniczenia wszelkich form podróżowania, przymusowe dni wolne, kryzys bilansu płatniczego i w końcu powszechna niezdolność do finansowania dalszej produkcji lub importu ropy. Wszystkie te zaburzenia wywołują dalsze przyspieszenie spadku produkcji nafty, wraz z całą gospodarczą działalnością, aż do momentu, kiedy zapotrzebowanie na ten towar staje się po prostu znikome. W miarę wygasania aktywności globalnego przemysłu naftowego, platformy wiertnicze, rafinerie i rurociągi wychodzą z użycia i nie nadają się do eksploatacji. Zamiast gładkiego, kilkuprocentowego rocznego spadku mielibyśmy sytuację, którą Douglas Adams opisałby jako "spontaniczną awarię egzystencji."
Jestem pewien, że niektórzy ludzie chcieliby, żebym bystro nakreślił swoją pomiarową krawędź, naniósł parę linii prostych i sporządził prognozę: Jakie przewiduję ceny? O jakich wartościach produkcji za dziesięć, dwadzieścia lat możemy mówić? Cóż, w moim odczuciu to kompletna strata czasu. Wolę go spędzić ucząc się jak przycinać drzewa z myślą o budowaniu z okrągłego drewna. Przyszłość z pewnością będzie nielinearna i jestem zupełnie przekonany, że będą w niej drzewa. Wspominam o tym dlatego, że jest tam gdzieś kilkoro pilotów, którzy, mam nadzieję, zachowają przytomność umysłu i wcisną guzik od katapulty, zamiast kurczowo trzymać ster, ze spojrzeniem zatrzymanym na sztucznym horyzoncie.
Sunday, July 31, 2011
Saturday, July 23, 2011
Dead Souls
With each passing week more and more of us become ready to concede that economic growth is no longer possible. Economic development, on the old model, which UN Secretary Ban Ki-moon recently characterized as a “global suicide pact,” is becoming constrained by the limits of natural resources of the finite planet, energy, arable land and fresh water foremost among them, and stressed further by extreme weather events that increase in frequency due to the rapidly destabilizing climate.
Since the narrowly averted financial collapse of 2008, aggregate indicators of economic growth have been anemic at best, and would be negative were it not for a dramatic expansion in public debt and aggressive financial manipulation by American and European central banks. These methods are only effective up to a point. Some time ago it became apparent that we had reached the point of diminishing returns on debt expansion: further expansion of public debt decreases rather than increases GDP. Perhaps the next realization to hit us is that public debt is in runaway mode: it will continue to go up whether government spending is cut or increased. From this it follows that the government's days are numbered; but few people are ready to make this leap yet.
Since the narrowly averted financial collapse of 2008, aggregate indicators of economic growth have been anemic at best, and would be negative were it not for a dramatic expansion in public debt and aggressive financial manipulation by American and European central banks. These methods are only effective up to a point. Some time ago it became apparent that we had reached the point of diminishing returns on debt expansion: further expansion of public debt decreases rather than increases GDP. Perhaps the next realization to hit us is that public debt is in runaway mode: it will continue to go up whether government spending is cut or increased. From this it follows that the government's days are numbered; but few people are ready to make this leap yet.
Against this background of economic stagnation and decay and widespread financial insolvency one sector is experiencing a boom time: Silicon Valley is booming again, and tech start-up IPOs are doing well. Social networking and mobile computing are hot, and some are expecting them to power the global economy out of the doldrums. Others contend that this industry segment is, and will remain, far too small to pick up the slack for the rest of the resource-strapped global economy. What neither side seems to grasp is this: as the virtualized realm of cyberreality and social networking takes over daily life, the actual physical economy will matter less and less (to those who are still alive and have an internet connection). What these new gadgets offer is, simply put, escapism. In a world of dwindling resources, where each person's share of the physical realm decreases over time, it is no wonder that physical reality fails to satisfy. But thanks to the new, intimate, glowing handheld mobile computing devices, the unsatisfactory real world can be blotted out, and replaced with a cleansed, bouncy, shiny version of society in which little avatars utter terse little messages. In the cyber-realm there are no sweaty bodies, no cacophony of voices to suffer through—just a smooth, polished, expertly branded user experience.
While riding the subway through the Boston rush hour, I have been able to observe just how well these personal electronic mental life support units work in shielding people from the sight of their fellow-passengers, who are becoming a rougher and rougher-looking crew, with more and more people in obvious distress. By focusing all of their attentions on the tiny screen, they are also spared the sight of our well-worn and crumbling urban infrastructure. It is as if the physical world doesn't really exist for them, or at least doesn't matter. But as Horace already understood over 2000 years ago, "Naturam expellas furca, tamen usque recurret" ("You may drive out Nature with a pitchfork, yet she still will hurry back.") If we ignore the physical realm, the physical economy (the one that actually keeps people fed and sheltered and moves them about the landscape) shrinks and decays. The inevitable result is that more and more of these cyber-campers and their gadgets will drop off the network, shrivel, and die with nary a tweet to signal their demise.
And this is, of course, a shame: a terrible and unnecessary loss to the online community. Yes, resource depletion cannot be turned back, nor can catastrophic climate change. Yes, the global economy will crumble as a result, and people will die. But why should their online personae die with them? That, at least, seems preventable. Not only that, but letting users die is bad for the economy: companies like Facebook, Twitter, Google, and numerous tech start-ups are judged based on the size of their user base. Some of them may not generate much in the way of revenue, but if they have millions of users then everyone assumes that they must be worth something. But if the physical economy continues to cave in on itself and their users start to drop off like flies in autumn, then that would be bad for a company's valuation and stand in the way of it securing additional rounds of financing. If it finds a way to compensate, then all would be well with their business plan, and their innovative social networking platform might indeed help power the global economy out of the doldrums and into some other nautical metaphor... the coastal shallows, perhaps, where it would be careened and methodically picked clean by the coast-dwelling troglodytes... But if not, then it would be doomed. Doomed! Investors don't like the sound of the word "doomed."
The solution is as obvious as it is counterintuitive, and it comes from a classic of Russian literature: Nikolai Gogol's Dead Souls. It details the exploits of one Chichikov, who rambles around the Russian countryside, visiting estates and convincing their owners to sell to him their dead peasants. With the dead peasants' papers in hand Chichikov is then able to use them as collateral for loans and to mortgage them (omitting to mention, of course, that they are dead). Correspondingly, the solution for the social networking tech start-ups, moving forward, is to leverage their dead users. This, after all, seems like a humane and caring thing to do: why let someone's online persona die with them? This is often a shock to the other users, who most likely have never even met the deceased person in real life, and don't particularly care whether he or she physically exists. It was once said that on the Internet nobody knows whether you are dog; so let it be that nobody knows whether you are even alive. In a society that lavishes hundreds of thousands of dollars on end-of-life medical care, why not save a little of that money for the cyber-afterlife? For people whose lives are mostly lived on the Internet, technology that extends their online personae past their physical death would be life-extending technology par excellence, and a fitting tribute.
The technical challenge is considerable, but it is by no means insurmountable. For example, let's say you have a dead user who likes cats. Now, it is well known that uploading pictures of cats is a good way to get “karma points.” In life, our erstwhile cat-lover would have immediately responded with a succinct message such as “UR KITTEH RLY CUTE LOLZ” by thumbing it into some handheld device. After our user's untimely demise, the same function would be performed by a computer program. To paraphrase Descartes, “Txto, ergo sum.” Here is a proof of concept that took me just a minute or two to code up:
With a bit of effort this sample code can be extended to cover the typical set of the eternally resting user's online utterances. (Of course, a more contemporary way to implement it would be as a web service. And, of course, it would have to be a RESTful one.)
Thus, generating tweets, SMS messages and posting comments, perhaps even generating entire blog posts that convincingly mimic those of a living user is an eminently surmountable technical challenge. But a much harder problem would be to keep our dead user in the vanguard of exciting new social movements and fashions that sweep through the net with lightening speed. Just recently “planking” was all the rage.
| This is "planking" |
But now “planking” is just completely last week and everyone who is cool and hip is into “owling.”
| This is "owling" |
Without a timely infusion of such new trends our deceased user's persona would grow stale and unpopular. But perhaps that is as it should be: let the living rise in popularity while the dead slowly become de-friended and de-linked, eventually lapsing into oblivion. After all, all we are doing is buying some time. The last person out, please remember to shut down the cloud, because what would be the use of dead people talking to each other on a dead planet?
Thursday, July 21, 2011
Share your Recipe for Superpower Collapse Soup
Update: The forum has had a good run, with 47 topics and 138 posts. We are ready to close it off to new topics, but it will remain there for your to peruse for as long as the TCP/IP packets are flying. Our regularly unscheduled blogging will resume shortly.
New Society Publishers is hosting a forum on which people can ask questions for me to answer. I don't do a particularly good job of responding to questions that sometimes appear in the comments, but here is your chance. If there is something you want to ask me, click over to their site and ask away. Nothing is off-limits... except "Where's my t-shirt?"
New Society Publishers is hosting a forum on which people can ask questions for me to answer. I don't do a particularly good job of responding to questions that sometimes appear in the comments, but here is your chance. If there is something you want to ask me, click over to their site and ask away. Nothing is off-limits... except "Where's my t-shirt?"
Wednesday, July 13, 2011
A Black Hole of Debt
The latest installment of consciousness-raising audio from KMO featuring Richard Heinberg, whose soon-to-be-released book, The End of Growth, offers a most necessary flossing between the ears for the growth-addled, and me. Stay conscious!
Monday, July 04, 2011
Collapse Fashionably—Urgent Update
Update: L's and XL's are all gone! But there are still 75 S's and 45 M's to get rid of... so please do it for the children/large pets/midgets in your life! I'll leave the "donate" button up for another week or so, and after that the the rest of the shirts are going to the donations bin at the Goodwill store.
Update: A few shirts went out with insufficient postage, to the tune of $3. (Apparently, First Class Mail does not automatically mean a First Class Stamp; who knew?) If the Post Office is after you for more money to bail out your shirt, let us know and we'll issue a refund. If you want to complain, please use the comments section below.
Update: The t-shirts have arrived. Boxes of them are piled high in the corner of the marina office (since there is no room for them on the boat). The number of requests I have received to date is less than 10% of the total. However, thanks to several generous donations they have been paid for already, so I am happy to be able to offer the remainder to anyone who'll give me at least$3 (to pay for the bubble mailer and the postage stamp around $3 for 1st class postage, and, of course, the PayPal fee). Think about it: not only will you collapse fashionably, but for less than the cost of laundry! No PayPal account? No problem! Just email me your address and your size, I don't care. The boxes can't stay in the marina office forever, and if we don't send them out promptly their next destination after that will be the Salvation Army and the goodwill store. Please send us a follow-up email to indicate the size: S/M only; the rest are all gone. /L/XL. No XXL, but if you want I can stretch an XL on a sail-bag for you.
I am happy to be able to offer you a curious memento of our rapidly passing age: the Reinventing Collapse t-shirt. The shirts are being printed and I will start sending them out in a couple of weeks. If you would like to reserve one, click the "Donate" button above. It will take at least US$20 to defray the costs (a bit more for international shipping, please).
I would like to thank EJ at New Society Publishing and Nina who did the design for bringing this monumental effort to fruition.
Update: A few shirts went out with insufficient postage, to the tune of $3. (Apparently, First Class Mail does not automatically mean a First Class Stamp; who knew?) If the Post Office is after you for more money to bail out your shirt, let us know and we'll issue a refund. If you want to complain, please use the comments section below.
Update: The t-shirts have arrived. Boxes of them are piled high in the corner of the marina office (since there is no room for them on the boat). The number of requests I have received to date is less than 10% of the total. However, thanks to several generous donations they have been paid for already, so I am happy to be able to offer the remainder to anyone who'll give me at least
Please note: Please indicate shirt size (S or M) in a follow-up email.
I am happy to be able to offer you a curious memento of our rapidly passing age: the Reinventing Collapse t-shirt. The shirts are being printed and I will start sending them out in a couple of weeks. If you would like to reserve one, click the "Donate" button above. It will take at least US$20 to defray the costs (a bit more for international shipping, please).
I would like to thank EJ at New Society Publishing and Nina who did the design for bringing this monumental effort to fruition.
Sunday, July 03, 2011
Despotyzm obrazu
[Thank you, Marcin, for the Polish translation of The Despotism of the Image. Original is available here.]
Rzeczywiste znaczenie tej postawy jest mgliste, a najlepsze, co większość z nas jest w stanie zrobić to skromna demonstracja osobistej cnoty – utylizacja plastikowych opakowań, jazda rowerem zamiast autem, podróżowanie pociągiem zamiast samolotem, niepozorna hodowla własnej żywności, zdrowe odżywianie, inwestowanie w energię odnawialną itd. Są to wizytówki, dzięki którym się rozpoznajemy. W jaki sposób te osobiste cnoty są definiowane pozostaje kwestią indywidualnego gustu: niektórzy uważają, że prowadzenie auta z silnikiem hybrydowym w zupełności wystarczy, natomiast inni eliminują samochody ze swojego życia całkowicie. Przedsięwzięcie niektórych najwyraźniej niezbędnych kroków, takich jak radzenie sobie bez produkowanych z ropy plastików oraz innych materiałów syntetycznych, zdaje się wykraczać poza możliwości nas wszystkich.
Taka postawa zdaje się uchodzić za dogmat wiary: jeżeli zrobimy dostatecznie dużo podobnych rzeczy, bez względu na ich charakter, wówczas problem, bez względu na to jakim akurat jest i jakkolwiek go sobie zdefiniujemy, będzie w stosownym czasie rozwiązany, a cywilizowane życie potoczy się tak, jak dotychczas. Nie dalej jak wczoraj towarzyska pogawędka poobiednia zahaczyła z lekka o temat energii – o to jak Brytyjczykom fartownie udało się znaleźć węgiel, kiedy zaczęło wyczerpywać się drewno, a potem szczęśliwie odkryli ropę i gaz zanim wyczerpał się węgiel. A teraz, kiedy praktycznie zużyli już złoża ropy i gazu naturalnego, “będzie mnóstwo złóż odnawialnych, by zasilić wszystko!” Dla tych z nas, którzy mają niezbędną wiedzę techniczną i rozumieją o jakich fizycznych ilościach energii mówimy, podobne twierdzenie jest niedorzeczne, ale wiedziałem, że wyrażenie sprzeciwu byłoby nieroztropne.
Zaniechałem komentarza, bo zdaję sobie sprawę, że wymogiem kultury jest prezentowanie image’u / wizerunku bezgranicznego optymizmu i niezachwianej wiary w naszą technologiczną potęgę. Okazanie postawy mniej entuzjastycznej automatycznie otrzymuje etykietę defetystycznej, fatalistycznej i pozbawionej wyobraźni. Nadmienię, że słowo to nie oznacza aktywnej pracy intelektu, tylko pasywną, dobrowolną akceptację zestawu powszechnych wyobrażeń lub obrazów. Najważniejszymi obrazami składającymi się na tę sztuczną rzeczywistość, znajdującymi się w sercu tej sfery wymuszonej fikcji, są te, które przynajmniej na swej powierzchni odnoszą się do osobistej godności i fizycznego komfortu.
Od czasu do czasu mam okazję obserwować zderzenie dwóch konkurujących obrazów: osobistej cnoty (jazda na rowerze) oraz osobistej godności i komfortu (jazda samochodem). Jestem całorocznym rowerzystą w mieście położonym na północy, gdzie temperatury okazjonalnie spadają poniżej zera i gdzie często prószy śnieg. To liberalne miasto, co oznacza, że wielu ludzi podziela poczucie osobistej cnoty, które łączy się z oznakami eko-przyjaznego zachowania, jak chociażby idea dojeżdżania do miejsca pracy rowerem – oczywiście sami wzięliby pod uwagę podobne rozwiązanie pod warunkiem, że dystans byłby krótki, a pogoda idealna. Jednakże całkiem spora ich liczba pragnie doświadczyć tej cnoty w sposób pośredni i widząc mnie przyodzianego w odpowiedni strój, z kaskiem na głowie, zagaja w windzie, w drodze do pracy, zwłaszcza, kiedy jest upalnie lub zimno, kiedy pada lub prószy. Często zapytują jak chronię stopy przed odmrożeniem (zakładam bawełniane skarpety) lub jak unikam poślizgu na lodzie (używam opon z kolcami) albo jak pokonuję strome wzniesienia (mocno naciskam na pedały).
Moje odpowiedzi, chociaż udzielam ich ochoczo, spotykają się niezmiennie z cichym rozczarowaniem – zapytanie dlaczego tak się dzieje jest intrygujące. Być może ma to związek z tym, że jazda rowerem nie jest w moim przypadku kwestią osobistej cnoty, ale sposobem na przemieszczanie się z miejsca na miejsce z maksymalną przyjemnością i minimalnym zamieszaniem i rozdrażnieniem. Robię to z pełną osobistą godnością i fizycznym komfortem, ponieważ to w jaki sposób ich doświadczam opiera się na mojej dyspozycji emocjonalnej (która zazwyczaj jest pogodna) i fizycznej wygodzie (która w moim przypadku oznacza zdrową dozę bólu i przynosi skutek w postaci dobrego zdrowia i samopoczucia). Podejrzewam, że godność i komfort moich uzależnionych od samochodów rozmówców z windy nie mają swojego podłoża w osobistym doświadczeniu, ale są powiązane z innymi atawistycznymi impulsami, które znajdują swój pełny wyraz w obrazie automobilu. Są zażenowani, iż został pokonany przez prymitywne, bezsilnikowe, dwukołowe ustrojstwo.
Możliwe jest wzniesienie całej góry racjonalnych, logicznych, policzalnych argumentów przeciwko samochodom, na korzyść rowerów. Najbardziej pocieszna linia analizy wymaga obliczenia ich względnych, efektywnych prędkości. Najpierw obliczamy całkowity koszt posiadania auta zawierający cenę zakupu, koszty spłaty, koszty utrzymania, rejestracji, opłat drogowych, mandatów itd. Następnie włączamy wszystkie koszty zewnętrzne: budowę i naprawy dróg, szkody zdrowotne w skutek zanieczyszczenia wody i powietrza, utratę produktywności z powodu śmierci i kalectwa spowodowanych wypadkami, koszty sądowe i budżet armii pozwalający wyposażyć walczące o paliwo wojsko.
Teraz weźmy przeciętny dochód kierowcy, przepracowane godziny i ustalmy ile godzin pracy potrzeba, by pokryć te wszystkie koszty. Dodajmy do tego czas poświęcony na jazdę. Następnie weźmy liczbę przejechanych kilometrów i podzielmy ją przez całkowitą liczbę godzin poświęconych na jazdę i zarabianie pieniędzy na utrzymanie auta. Zamiast podać wynik zachęcam do samodzielnego odrobienia pracy domowej, ale mogę powiedzieć, że rezultat tego ćwiczenia jest zawsze taki sam: rower jest szybszy od samochodu i w zależności od osobistych założeń jazda samochodem jest wolniejsza od chodzenia.
Następna pocieszna linia analizy dotyczy tematu bezpieczeństwa publicznego. Istnieją ogólne, praktyczne ograniczenia określające jak długo może potrwać nasza codzienna podróż; zazwyczaj nie przekracza godziny w każdą stronę, bez względu na przejechany dystans, czy zastosowany środek transportu. Dlatego właściwa statystyka bezpieczeństwa wciąż dotyczy wypadków śmiertelnych i wymagających hospitalizacji, ale przypadających raczej na jednostkę czasową, nie zaś na jednostkę odległości. I tutaj, jak się okazuje, rowery są bezpieczniejsze od samochodów, nawet na zatłoczonych miejskich obszarach pozbawionych ścieżek i pasów rowerowych. I chociaż zdrowie każdego z nas odczuwa skutki wdychania zanieczyszczanego spalinami powietrza, codzienne ćwiczenie pedałowania w pewnym stopniu je łagodzi, i tym samym bardziej pogłębia przepaść pomiędzy rowerem i autem.
Zatem z punktu widzenia bezpieczeństwa publicznego także wygrywają rowery. Podobne typy analizy mogą być zastosowane wobec pociągów, ryksz, czy motolotni z podobnym rezultatem. Krótko mówiąc pozbawionym sensu jest szukanie racjonalnego wyjaśnienia dlaczego ludzie wolą samochody, bezsensowne jest nawet myślenie o samochodach jako pojazdach wypełniających potrzebę transportową. Ich komfort i wygoda są niczym innym jak kulturowo skonstruowanym mirażem. Najwyższa pora, byśmy zaakceptowali fakt, że ich podstawową funkcją jest zaspokojenie bardzo silnych pierwotnych popędów.
Pod względem anatomicznym automobil wyraźnie przypomina swojego praprzodka – pewnego czworonożnego przeżuwacza z rodziny koni, skrzyżowanego z wózkiem. Po drodze pozyskał pewne drapieżne geny, co nadało mu raczej zawzięte usposobienie i wyrazowi jego „twarzy” często złośliwy aspekt (światła plus kratka ochronna). Ma parę oczu (światła przednie), cztery “kończyny” (koła). Lubi poruszać się w stadach, ale opiera się nadmiernym ograniczeniom zarówno pod względem kierunku, jak i prędkości. Odpowiada na sygnały nożne przesyłane ostrogami (pedał gazu) i ręczne, przekazywane za pośrednictwem cugli (kierownica).
Występuje wielka różnorodność jego ras; większość z nich jest ceniona za umiejętność szybkiego poruszania się, chociaż wykorzystuje ją sporadycznie. Ich główną funkcją jest użyczenie pewnego poczucia szlachetnego dowartościowania swoim posiadaczom, poprzez nadanie kierowcy wyglądu 'dżentelmena na wierzchowcu', a pasażerowi prezencji 'damy w karecie'. Tak jak w przypadku koni ich często przemożna potrzeba uwolnienia wzdęć nawet w najmniejszym stopniu nie degraduje owego poczucia uszlachetnienia.
Drugorzędna funkcja samochodu pozwala właścicielowi mieć władzę nad życiem i śmiercią. Gdyby auto było rozpatrywane wyłącznie z perspektywy bezpieczeństwa publicznego, jego prywatne posiadanie zostałoby zabronione dawno temu. Tym, co faktycznie czyni samochód tak ponętnym, a jego wizerunek w wyobraźni opinii publicznej tak sugestywnym, jest to, że stanowi “naturalnie niebezpieczny instrument”, jak to ujął pewien prawnik. W odróżnieniu od konia, który ma parę oczu oraz mózg i pozostawiony samemu sobie ominie przeszkody, samochód z radością się zderzy; wymaga nieustannej czujności.
Ten trywialny, ale aktywny nadzór, który w celu uniknięcia śmierci lub poważnych obrażeń musi być utrzymany w każdym momencie, jest jednocześnie intensywnie nudny i ekscytujący. Iggy Pop kiedyś uchwycił ducha tej sprzeczności: “W samochodzie śmierci czujemy, że żyjemy!” W społeczeństwie uzależnionym od samochodów, miliony ludzi w każdym momencie są aktywnie zaangażowane w akt unikania natychmiastowej śmierci. W odpowiednim czasie auta i rzeź jaką powodują będą uważane za żywioł naturalny.
Okresowo słyszy się o planach stworzenia “inteligentnych autostrad” i patrząc poza oczywistą sugestię, że obecnie autostrady są w rzeczy samej “głupie”, oczywistym staje się i to, że poruszające się po nich samochody także są “głupie”. Automobil przeprojektowany wyłącznie z myślą o transporcie wyglądałby inaczej.
Trzy koła wystarczą w zupełności, cztery to już nadmiar, czego dowodzą liczne przykłady, od aut wyścigowych napędzanych bateriami słonecznymi począwszy, a na pojeździe Demaxian Buckminstera Fullera skończywszy. Koło prowadzące, przednie i środkowe, służyłoby do kierowania, a poza tym byłoby zaprojektowane, by poruszać się w koleinie eliminując potrzebę kierowania za wyjątkiem manewrowania. Zaczepy z przodu i z tyłu pozwoliłyby autom połączyć się w pociąg, by poprawić wydajność. Kiedy auto nie byłoby podczepione z przodu prosty czujnik podczerwieni regulowałby prędkość, ażeby zachować odpowiednią przerwę na wyhamowanie. Minimalna i maksymalna prędkość byłaby oznaczona kodem kreskowym na chodniku i samochód dostosowywałby się do ograniczeń automatycznie. Przyczepny silnik obniżałby się na przednie koło przy wykorzystaniu podnośnika windowego i ‘wskakiwałby’ na miejsce za pomocą odpowiedniej klamry – ułatwiłoby to jego przegląd i wymianę. Dno samochodu byłoby wodoodporne, koło prowadzące miałoby z boków wiosła pozwalające na przeprawę wodną. W celu optymalnego przechowywania auto obracałoby się wzdłuż osi i stało pionowo, spoczywając na krótkiej stopce.
Jednakże takie ćwiczenia projektowe są daremne: są racjonalnym podejściem do irracjonalnego zestawu wymagań. Głupie samochody oraz ludzie dla których i przez których są projektowane pozostaną z nami przez jakiś czas. Ich obraz jest trwale odciskany w wyobraźni społecznej, ilekroć mali chłopcy przesuwają po podłodze bawialni swoje małe zabawki pomrukując: “Wruuum! Wruuum!”
Przyczyną upadku naszych obecnych systemów komunikacji publicznej jest to, że są zaprojektowane wyłącznie z myślą o transporcie i bezpieczeństwie publicznym i nie są w stanie zaspokoić pierwotnych popędów swoich użytkowników. Stosując się do wizerunku bezpiecznej i niezawodnej służby publicznej nie potrafią zapewnić dreszczyku zwycięstwa i agonii porażki, a nieusatysfakcjonowany pasażer musi godzić się z niecierpliwością, niepewnością i nudą.
„Odpowiednio” zaprojektowany tramwaj byłby całkowicie pozbawiony drzwi lub wyposażony w takie, które zamykają się zdecydowanie, z dużym impetem po nieodwołalnym ostrzeżeniu. Nie zatrzymywałby się na przystankach tylko zwalniał na tyle, by pozwolić pasażerom na wskok i wyskok. Byłby wyposażony w pokłady biegowe i zewnętrzne poręcze; pozwalałyby one pasażerom-gapowiczom demonstrować akrobatyczne umiejętności podczas jazdy na zewnątrz, dzięki której zaoszczędziliby na koszcie zakupu biletu jednorazowego.
Aby wyeliminować ingerencję prawników wymogiem koniecznym byłoby podpisane przez wszystkich pasażerów zrzeczenia od roszczeń, zwalniającego przewoźnika od wszelkiej odpowiedzialności; do zasad ruchu drogowego wprowadzonoby poprawki, aby dać tramwajom prawo absolutnego pierwszeństwa bez względu na okoliczności, a pozostałym uczestnikom ruchu automatycznie przypisać winę za ewentualną kolizję. Przody tramwajowe mogłyby zostać przyozdobione pługami, by umożliwić posłanie na stronę każdego blokującego tory obiektu, redukując tym samym liczbę powypadkowych opóźnień. Nieunikniona rzeź zapewniłaby nieprzerwany potok lekcji bezpieczeństwa publicznego udzielanych przez tabloidy.
Taki system nie tylko byłby tani i skuteczny w obsłudze, ale w odpowiednim czasie wychowałby niebywale zwinną i czujną brać pasażerską, której codzienne popisy odwagi i odporności fizycznej wytworzyłoby prawdziwy duch koleżeństwa, którego próżno szukać pośród dzisiejszych, wyczerpanych i rozpieszczonych użytkowników transportu publicznego. Oczywiście taka forma usługi byłaby niemożliwa, ponieważ pozostawałaby w sprzeczności z wizerunkiem, który komunikacja publiczna winna odzwierciedlać: wizerunkiem publicznej uczynności służącej młodym, starym, biednym i schorowanym; w skrócie – czymś powołanym do istnienia na pożytek kilkorga nieboraków, którzy nie potrafią prowadzić auta.
Wzrasta liczba miejsc, w których transport publiczny staje się zbędny z uwagi na przypadłość znaną jako “rozrost przedmieścia”; sprzyja ono przede wszystkim uzależnianiu od samochodu. Powodem owego rozrostu jest domek na przedmieściach; podobnie jak błędem byłoby postrzeganie auta jako formy transportu – błędem jest postrzeganie domu na przedmieściach wyłącznie jako formy zakwaterowania. I chociaż zapewnia on zestaw nowoczesnych wygód, musi być zgodny z określonym wizerunkiem i podobnie jak w przypadku samochodu przekonamy się, że to wizerunek najlepiej wyjaśnia jego typową lokalizację i formę.
Powszechnym nieporozumieniem jest przekonanie, że główną funkcją domu na przedmieściach jest zapewnienie schronienia, tymczasem w dość oczywisty sposób chodzi tu o zapewnienie miejsca do parkowania. W społeczeństwie zależnym od samochodu dostęp kontrolowany jest przez ograniczanie i nadzór zdolności do parkowania. Parkowanie publiczne jest zawsze ograniczone i często niedostępne, a parkowanie na poły publiczne – w domach towarowych, galeriach, biurowcach i innych prywatnych instytucjach – dozwolone jest wyłącznie tym, którzy chcą wydać pieniądze lub mają do sfinalizowania jakąś transakcję. Chociaż samochód postuluje wolność ruchu, jest to wolność przemieszczania się publicznymi drogami pomiędzy miejscami, w których kierowca nie jest wolny, lecz musi wypełnić konkretną społeczną funkcję: pracowanie, robienie zakupów lub wykonanie innej usankcjonowanej społecznie czynności. Nawet jeżeli pragniesz na chwilę uciec od despotycznych ograniczeń społeczeństwa i spędzić trochę czasu na łonie natury, odkryjesz, że w społeczeństwie zależnym od samochodu nawet w obrębie obszaru dzikiej przyrody obowiązują godziny otwarcia, a parkingi zamykają tuż przed zmrokiem.
Krótko mówiąc jedyną wolnością, jaką oferuje samochód jest wolność jazdy tam i z powrotem pomiędzy miejscami, gdzie nie jest się wolnym, a jedynym wyjątkiem od tej zasady jest własny podjazd. Żaden porządny dom na przedmieściach nie może się bez niego obejść: to twoja prywatna autostrada, która prowadzi do twojego prywatnego domu. Ten obraz dyktuje, by odcinek ten został kosztownie i niepotrzebnie utwardzony, nie jakimiś tam płytami – przypominałby wówczas chodnik – ale asfaltem. Podjazdy na przedmieściach nie są utwardzane na pożytek aut, które radzą sobie na drogach piaszczystych, i z pewnością nie z myślą o pojazdach terenowych, lecz po to, by zaspokoić pewien przyrodzony napęd w kierowcach: przemożne pragnienie posiadania kawałka drogi.
W swojej symbolicznej funkcji dom na przedmieściach służy jako ostateczne miejsce odpoczynku u kresu długiej jazdy do domu. Spokój i cisza uznawane są za jego najbardziej zasadnicze cechy; chociaż ostentacyjną jest troska o bezpieczeństwo, jej źródłem jest irracjonalna potrzeba spokoju absolutnego. Gdyby rezydent przedmieścia miał zamienić samochód i dom na mieszkanie w obrębie miasta, zwiększone ryzyko padnięcia ofiarą brutalnego przestępstwa byłoby więcej niż zrównoważone przez zmniejszone ryzyko poniesienia śmierci w wypadku samochodowym; zatem wybór z punktu widzenia bezpieczeństwa nie jest racjonalny.
Prawdziwa troska nie dotyczy bezpieczeństwa tylko ucieleśnienia abstrakcyjnego obrazu spokoju. Przepisy strefowe i zarządzenia ograniczają hałaśliwe hobby i odchylenia od standardów społeczności, bowiem profanacją jest zakłócenie uświęconej drzemki człowieka przedmieścia. Idealne przedmieście znaczy niezmącony ciąg trawników przyciętych z precyzją manicure, nakrapianych neoklasycznymi rzeźbami; każda nieco odmienna, lecz zasadniczo taka sama. Jest to nieodzowna dekoracja cmentarna: dom jest de facto kryptą rodzinną. Nic dziwnego: ostatnim miejscem docelowym na trasie samochodu-śmierci jest dom-śmierci.
Wszystkie pozostałe funkcje domu-śmierci, poza jedną, są zbędne skoro ludzie mogą jeść, spać i uprawiać seks w swoich autach. W miarę jak samochody rozrastają się gabarytowo, a dojazdy stają się dłuższe, coraz więcej bytowania odbywa się wewnątrz auta, a grobowy kwaterunek używany jest tylko do rozpakowania fast-foodowej przekąski, schłodzenia piwa i zaśnięcia przed ekranem telewizora. Jednakże dom-śmierci ma jedno pomieszczenie, które ma znaczenie zasadnicze, bowiem zapewnia serwis pozostający poza możliwościami samochodu. Jest to łazienka – zawiera prysznic i oczywiście toaletę. I to nie byle jaką toaletę: nocnik lub wiadro wiórów po prostu nie wystarczyłoby. Nie, nie – musi to być najbardziej wymyślne urządzenie, które pozwala użytkownikowi: wypróżnić się bezpośrednio do baseniku wody pitnej (który wedle gustu może zostać zdezynfekowany), a następnie spuścić zawartość kolejną hojną porcją wody pitnej. Jakże osobliwe jest to, że pozostałe mięsożerne zwierzęta instynktownie zakopują swoje odchody, ażeby zapobiec rozprzestrzenianiu chorób – zwierzę homo sapiens uparcie miesza swoje fekalia z tym, co pije! Przeróżne kosztowne zabiegi, żaden z nich nie jest w pełni skuteczny, są niezbędne do utrzymania wody pitnej i ścieków osobno.
Jeżeli przemożna potrzeba wypróżniania się do pitnej wody zdaje się być irracjonalna, to czym jest podstawowy jej cel, czyli wyparcie się faktu, że ciało wydziela nieprzyjemną woń? Toaleta ze spłuczką jest narzędziem służącym do wypierania się tego, że ciało cuchnie wewnątrz; prysznic, z pomocą wymuszonych dziennych ablucji i chemicznych dezodorantów, pełni tę samą rolę wobec powłoki zewnętrznej. Potrzeba wypierania się, że ludzie pachną tak, jak ludzie jest bardzo dziwna, ponieważ ci sami ludzie chętnie tolerują zapachy swoich kotów i psów, które kąpią się z rzadka i pachną dokładnie tak, jak powinny. Prawda wygląda tak, że ludzie wydzielają zapach, nie gorszy niż koty, czy psy, a okazy zdrowsze zazwyczaj pachną dobrze, chociaż dieta oparta na pożywieniu typu "śmieci" czyni woń wyjątkowo nieprzyjemną. Oczywiste rodzi się podejrzenie, że ludzie, którzy prowadzą swoje samochody-śmierci i mieszkają w domach-śmierci, zażywają codziennej kąpieli, ponieważ czują przymus prezentowania pozbawionej odorów fasady ze względu na strach, że może z nich emanować podświadomy fetor śmierci, od którego spowijającej obecności nie potrafią się uwolnić.
Współczesna kultura zdominowana przez nad-konsumpcję i nieposkromiony wzrost, którą tak bardzo chcielibyśmy zmienić, żeby ocalić siebie, naszą planetę lub cząstkę obojga, nie jest i nigdy nie była racjonalną propozycją. Jest to realizacja mrocznych, nieracjonalnych, autodestrukcyjnych popędów, które zostały w nas zaprogramowane na skutek pewnego ewolucyjnego wypadku, a które znalazły swój pełny wyraz dzięki dostępowi do taniej i obfitej energii.
Apele o odwołanie się do racjonalności lub tzw. zdrowego rozsądku są daremne, ponieważ siłą motywującą jest zestaw niezatartych, niezmiennych obrazów, które są odciskane na prostych umysłach w okresie dzieciństwa. Łatwo jest te obrazy ośmieszyć i chociaż drwina może być sugestywna skuteczność jej oddziaływania ogranicza się do tych, którzy posiadają zdolność jej zrozumienia. Voltaire dokonał dość gruntownej analizy kościoła katolickiego, a mimo to księża wciąż są dzisiaj z nami – mogą błogosławić co popadnie i molestować ministrantów, ponieważ przeciętnemu wierzącemu Voltaire nigdy do niczego nie był potrzebny.
O wiele bardziej obiecującym podejściem jest tworzenie nowych obrazów o wielkiej uwodzicielskiej sile, dostatecznie prostych, by zrobić wrażenie na prostym umyśle. Jest to jednak obszar niebezpiecznej polityki i rewolucyjnej zmiany: ścieżka najeżona niezamierzonymi konsekwencjami, której należy unikać. Jedynym co pozostaje jest możliwość podjęcia osobistego wysiłku, by uwolnić się od despotyzmu obrazu / wizerunku.
Jeżeli chodzi o resztę konsumentów kupionych obrazami śmierci, godności i komfortu, możemy być pewni, że tzw. wolny rynek sprosta ich potrzebom. Ci z głębokimi kieszeniami otrzymają prawdziwie luksusową śmierć, w której znajdzie się miejsce na osobiste muzeum transportu oraz bibliotekę pośród zaaranżowanej zieleni francuskiego ogrodu, natomiast tych po stronie przeciwnej będzie stać jedynie na śmierć w brązowym kartonie; czyż nie jest to kwintesencja konsumenckiego wyboru? Miejmy nadzieję, że ich kultura śmierci umrze razem z nimi i że dojdzie do tego na długo zanim staniemy się zagrożonym gatunkiem.
Tuesday, June 21, 2011
The Road Ahead for Community Action
I just attended a workshop in Falmouth, Massachusetts organized by Community Action associations of Southern New England titled "The Road Ahead for Community Action: Helping People in Turbulent Times." (Clearly, trying to integrate poor people into a global economy that is collapsing before our eyes is not such a good idea, so I stressed relocalization and community self-sufficiency.) I reused the slides from last year, when I presented at CAP's annual convention in Boston, because they still work; if anything, they work better as time goes on.
Saturday, June 18, 2011
Book Review by Frank Kaminski
Neither an economist nor a formally trained scholar, Dmitry Orlov is perhaps best described in his own words, as "more of an eyewitness" to the phenomenon on which he writes. He's a Russian émigré who saw the Soviet Union fall firsthand and has been drawing on this experience in warning of the coming U.S. collapse. He came to fame five years ago with a smash-hit Internet article that won him a loyal following and a subsequent book deal. The book, Reinventing Collapse, is now in its second edition—and regardless of how well it holds up to scholarly scrutiny, it's admirable in its wit and prodigious street smarts.
The book's central contention is that the U.S. economy is collapsing, and for the same basic reasons as caused the Soviet collapse: dwindling domestic oil production, a worsening foreign trade deficit, out-of-control military spending and mushrooming foreign debt. (With his usual comic panache, Orlov refers to these factors as ingredients in a "superpower collapse soup"; and he promises that "this soup will be served, and it will not be tasty!") He further argues that America is less prepared for collapse than the U.S.S.R. was, largely because of its obsession with the automobile as a symbol of, and prerequisite for, middle-class membership. And he calls for adaptation rather than reform, the latter being as futile as "you or me wiggling our toes at a tsunami."
A Leningrad-born software engineer, Orlov came to the States in the mid '70s when he was 12. During extended visits back home in the late '80s to mid '90s, he watched his home country disintegrate in time-lapse fashion. He later became convinced that America was fated for a similar crash, but remained a closeted doomer for more than a decade. When he finally came out with his message, he found an eager audience among the fledgling peak oil community. Energy Bulletin published his "Closing the 'Collapse Gap': The USSR was better prepared for collapse than the US" in December 2006, and it quickly became one of the site's most popular articles ever.
Orlov knew that many would reject his comparison of America with the U.S.S.R., but he insists that it's valid and telling. Starting with obvious similarities, he cites the two nations' respective advances in space exploration and weaponry, as well as their competition for the title of world's biggest debtor nation. He also notes their rivalry in the "jails race," "hated evil empire race" and "squandering of natural resources race." And he imagines that one day their two collapses may be relegated to a single textbook chapter, and that children "will like learning about the superpowers just like they like learning about dinosaurs: big, scary monsters–but extinct, and therefore not so frightening."
Besides their lower level of car dependence, the Soviets' edge in collapse preparedness lay in the fact that the state provided for people's needs. No matter how bad the economy was, people never had to worry about homelessness or losing access to medical treatment. Americans enjoy no such security.
Reinventing Collapse is intended to give readers a concrete sense of how they can change their lives to better face the reality ahead. Everyone's starting point, argues Orlov, should be eliminating his or her need for money. He's certain that America will choose to inflate away its debt à la the Soviet Union, making the dollar effectively worthless. Those who divest themselves of exposure to dollar depreciation will be poised not just to survive but to flourish in these trying times. For example, someone with the foresight to stockpile basic supplies like razor blades, medications and soap will be well-positioned to barter for other things.
America's future economy, believes Orlov, will depend on access to physical resources and assets, as well as healthy relationships with others who have resources and assets. He illustrates how this worked in practice during the Soviet collapse, largely at the hands of itinerant merchants known as chelnoki. The chelnoki would travel abroad frequently and bring things back in their luggage. Though they had to bribe officials and were often robbed, they were the Soviets' only source of consumer products for a while. Orlov suggests that post-collapse America may evolve its own version of the chelnoki, with customers hauling away their purchases in pilfered shopping carts (already a common sight across the urban landscape, he notes).
And he predicts that nomadic life will have much to recommend it. Nomads will be extremely valuable for their news of the outside world, assorted spare parts, occasional luxury items, elixirs and technical know-how. They'll also have greater survival savvy because of their highly developed situational awareness and their ability to wring the most out of resources.
Orlov advises staying as far as possible from the U.S. justice system, since it "offers a fine luxury model, but its budget model is manifestly unsafe." Already grossly tipped in favor of the rich, it may drop any pretense of serving justice and become simply a tool for social control. Orlov provides some Soviet examples of this, including the Gulag policy of political imprisonment, and describes America's use of secret jails, torture and indefinite detention as steps in the same direction.
Yet Orlov also foresees a melding of the official economy and the criminal one that would compel increasing numbers of people to engage in criminal activity and thus become targets of persecution by the authorities. He describes how during every economic collapse there emerges another, informal economy based around recycling remnants of the waning one—and many of its occupations involve defacing property (i.e., "asset stripping"), administering violence (aka "private security consulting") and trafficking drugs and alcohol.
The author is deeply worried about nuclear waste, the fate of the prison population and the repatriating of overseas military personnel. Nuclear waste poses the gravest threat since it remains radioactive for so incredibly long. Orlov warns that future generations will be unable to deal with it and that its radiation will spread across horrifyingly vast stretches. As for the prison population, he fears that hordes of dangerous criminals will go free in a general amnesty once we lack the resources to keep prisons running. Lastly, with regard to military personnel, Orlov thinks it likely that many of the nation's roughly 1,000 overseas bases will be simply abandoned to their fates once we can no longer maintain them.
The updates in this edition are mostly energy-related. For example, when the first edition came out in 2008, experts still couldn't say the exact year of peak conventional oil production. But they now have enough of a rear view to tell that it happened in 2005, and Orlov notes this in the new book. The past couple of years have also seen an accelerating trend called the land export effect, which is the tendency of oil exporters that are past their peak production rates to cut exports rather than supplies to their domestic populations. Orlov addresses this development as well in the new book, interpreting it as a sign that oil supply shortfalls will be far worse than even the pessimists expect.
One valid criticism that has been leveled against Orlov is that he makes unsupported, unprovable assertions about human behavior. And indeed, his discussions in this book contain some overly facile explanations for why people have mental depression, why revolving doors exist between industry and government and the motives behind news censorship, among other things. Nor does it help that the book lacks notes or references with which to substantiate such statements. If one overlooks these flaws, however, Reinventing Collapse is an eminently practical guide written with welcome comic relief by someone who's been around the block.
[Original available here.]
The book's central contention is that the U.S. economy is collapsing, and for the same basic reasons as caused the Soviet collapse: dwindling domestic oil production, a worsening foreign trade deficit, out-of-control military spending and mushrooming foreign debt. (With his usual comic panache, Orlov refers to these factors as ingredients in a "superpower collapse soup"; and he promises that "this soup will be served, and it will not be tasty!") He further argues that America is less prepared for collapse than the U.S.S.R. was, largely because of its obsession with the automobile as a symbol of, and prerequisite for, middle-class membership. And he calls for adaptation rather than reform, the latter being as futile as "you or me wiggling our toes at a tsunami."
A Leningrad-born software engineer, Orlov came to the States in the mid '70s when he was 12. During extended visits back home in the late '80s to mid '90s, he watched his home country disintegrate in time-lapse fashion. He later became convinced that America was fated for a similar crash, but remained a closeted doomer for more than a decade. When he finally came out with his message, he found an eager audience among the fledgling peak oil community. Energy Bulletin published his "Closing the 'Collapse Gap': The USSR was better prepared for collapse than the US" in December 2006, and it quickly became one of the site's most popular articles ever.
Orlov knew that many would reject his comparison of America with the U.S.S.R., but he insists that it's valid and telling. Starting with obvious similarities, he cites the two nations' respective advances in space exploration and weaponry, as well as their competition for the title of world's biggest debtor nation. He also notes their rivalry in the "jails race," "hated evil empire race" and "squandering of natural resources race." And he imagines that one day their two collapses may be relegated to a single textbook chapter, and that children "will like learning about the superpowers just like they like learning about dinosaurs: big, scary monsters–but extinct, and therefore not so frightening."
Besides their lower level of car dependence, the Soviets' edge in collapse preparedness lay in the fact that the state provided for people's needs. No matter how bad the economy was, people never had to worry about homelessness or losing access to medical treatment. Americans enjoy no such security.
Reinventing Collapse is intended to give readers a concrete sense of how they can change their lives to better face the reality ahead. Everyone's starting point, argues Orlov, should be eliminating his or her need for money. He's certain that America will choose to inflate away its debt à la the Soviet Union, making the dollar effectively worthless. Those who divest themselves of exposure to dollar depreciation will be poised not just to survive but to flourish in these trying times. For example, someone with the foresight to stockpile basic supplies like razor blades, medications and soap will be well-positioned to barter for other things.
America's future economy, believes Orlov, will depend on access to physical resources and assets, as well as healthy relationships with others who have resources and assets. He illustrates how this worked in practice during the Soviet collapse, largely at the hands of itinerant merchants known as chelnoki. The chelnoki would travel abroad frequently and bring things back in their luggage. Though they had to bribe officials and were often robbed, they were the Soviets' only source of consumer products for a while. Orlov suggests that post-collapse America may evolve its own version of the chelnoki, with customers hauling away their purchases in pilfered shopping carts (already a common sight across the urban landscape, he notes).
And he predicts that nomadic life will have much to recommend it. Nomads will be extremely valuable for their news of the outside world, assorted spare parts, occasional luxury items, elixirs and technical know-how. They'll also have greater survival savvy because of their highly developed situational awareness and their ability to wring the most out of resources.
Orlov advises staying as far as possible from the U.S. justice system, since it "offers a fine luxury model, but its budget model is manifestly unsafe." Already grossly tipped in favor of the rich, it may drop any pretense of serving justice and become simply a tool for social control. Orlov provides some Soviet examples of this, including the Gulag policy of political imprisonment, and describes America's use of secret jails, torture and indefinite detention as steps in the same direction.
Yet Orlov also foresees a melding of the official economy and the criminal one that would compel increasing numbers of people to engage in criminal activity and thus become targets of persecution by the authorities. He describes how during every economic collapse there emerges another, informal economy based around recycling remnants of the waning one—and many of its occupations involve defacing property (i.e., "asset stripping"), administering violence (aka "private security consulting") and trafficking drugs and alcohol.
The author is deeply worried about nuclear waste, the fate of the prison population and the repatriating of overseas military personnel. Nuclear waste poses the gravest threat since it remains radioactive for so incredibly long. Orlov warns that future generations will be unable to deal with it and that its radiation will spread across horrifyingly vast stretches. As for the prison population, he fears that hordes of dangerous criminals will go free in a general amnesty once we lack the resources to keep prisons running. Lastly, with regard to military personnel, Orlov thinks it likely that many of the nation's roughly 1,000 overseas bases will be simply abandoned to their fates once we can no longer maintain them.
The updates in this edition are mostly energy-related. For example, when the first edition came out in 2008, experts still couldn't say the exact year of peak conventional oil production. But they now have enough of a rear view to tell that it happened in 2005, and Orlov notes this in the new book. The past couple of years have also seen an accelerating trend called the land export effect, which is the tendency of oil exporters that are past their peak production rates to cut exports rather than supplies to their domestic populations. Orlov addresses this development as well in the new book, interpreting it as a sign that oil supply shortfalls will be far worse than even the pessimists expect.
One valid criticism that has been leveled against Orlov is that he makes unsupported, unprovable assertions about human behavior. And indeed, his discussions in this book contain some overly facile explanations for why people have mental depression, why revolving doors exist between industry and government and the motives behind news censorship, among other things. Nor does it help that the book lacks notes or references with which to substantiate such statements. If one overlooks these flaws, however, Reinventing Collapse is an eminently practical guide written with welcome comic relief by someone who's been around the block.
[Original available here.]
Twilight of the Antipodes Video
Thanks to Darren and the rest of the Collapsenet team for putting this together.
Green Life Eco Fest - May 22, 2011 from Dmitry Orlov on Vimeo.
Green Life Eco Fest - May 22, 2011 from Dmitry Orlov on Vimeo.
Tuesday, June 14, 2011
The Sermon to the Sharks
The publisher was kind enough to provide me with a review copy of John Michael “The Archdruid” Greer's recently published book The Wealth of Nature: Economics as if Survival Mattered. It took me a couple of days to get through the book, which I did although much of the material was not new to me, for the sake of his exposition: John Michael is an erudite and patient writer, good at explaining away the various fallacies around money, energy and the pursuit of everything that bedevil our increasingly morbid industrial civilization. I read and I nodded, and it was not until I arrived at the last chapter, “The Road Ahead” that I started shaking my head, because a paraphrase of the title sneaked into my brain, one that I couldn't shake: Preaching to Sharks: Economics as if the Survival of Economists Mattered. What made it hard to shake was that it was accompanied by this stunning image from Herman Melville's Moby Dick. I relate it here verbatim, for your benefit, because Melville makes better reading than either Greer or I. Enjoy!
Warning: This is a text dating from 1851 and it does not adhere to contemporary standards of propriety. In particular, it contains coarse ethnic humor. Persons of delicate sensibility... blah blah blah.
From chapter 64, "Stubb's Supper":
... though one or two other like instances might be set down, touching the set terms, places, and occasions, when sharks do most socially congregate, and most hilariously feast; yet is there no conceivable time or occasion when you will find them in such countless numbers, and in gayer or more jovial spirits, than around a dead sperm whale, moored by night to a whaleship at sea. If you have never seen that sight, then suspend your decision about the propriety of devil-worship, and the expediency of conciliating the devil.
... Stubb heeded not the mumblings of the banquet that was going on so nigh him, no more than the sharks heeded the smacking of his own epicurean lips.
"Cook, cook!—where's that old Fleece?" he cried at length, widening his legs still further, as if to form a more secure base for his supper; and, at the same time darting his fork into the dish, as if stabbing with his lance; "cook, you cook!— sail this way, cook!"
The old black, not in any very high glee at having been previously routed from his warm hammock at a most unseasonable hour, came shambling along from his galley, for, like many old blacks, there was something the matter with his knee-pans, which he did not keep well scoured like his other pans; this old Fleece, as they called him, came shuffling and limping along, assisting his step with his tongs, which, after a clumsy fashion, were made of straightened iron hoops; this old Ebony floundered along, and in obedience to the word of command, came to a dead stop on the opposite side of Stubb's sideboard; when, with both hands folded before him, and resting on his two-legged cane, he bowed his arched back still further over, at the same time sideways inclining his head, so as to bring his best ear into play.
"Cook," said Stubb, rapidly lifting a rather reddish morsel to his mouth, "don't you think this steak is rather overdone? You've been beating this steak too much, cook; it's too tender. Don't I always say that to be good, a whale-steak must be tough? There are those sharks now over the side, don't you see they prefer it tough and rare? What a shindy they are kicking up! Cook, go and talk to 'em; tell 'em they are welcome to help themselves civilly, and in moderation, but they must keep quiet. Blast me, if I can hear my own voice. Away, cook, and deliver my message. Here, take this lantern," snatching one from his sideboard; "now then, go and preach to them!"
Sullenly taking the offered lantern, old Fleece limped across the deck to the bulwarks; and then, with one hand drooping his light low over the sea, so as to get a good view of his congregation, with the other hand he solemnly flourished his tongs, and leaning far over the side in a mumbling voice began addressing the sharks, while Stubb, softly crawling behind, overheard all that was said.
"Fellow-critters: I'se ordered here to say dat you must stop dat dam noise dare. You hear? Stop dat dam smackin' ob de lips! Massa Stubb say dat you can fill your dam bellies up to de hatchings, but by Gor! you must stop dat dam racket!"
"Cook," here interposed Stubb, accompanying the word with a sudden slap on the shoulder,—"Cook! why, damn your eyes, you mustn't swear that way when you're preaching. That's no way to convert sinners, Cook!"
"Who dat? Den preach to him yourself," sullenly turning to go.
"No, Cook; go on, go on."
"Well, den, Belubed fellow-critters:"—
"Right!" exclaimed Stubb, approvingly, "coax 'em to it, try that," and Fleece continued.
"Do you is all sharks, and by natur wery woracious, yet I zay to you, fellow-critters, dat dat woraciousness—'top dat dam slappin' ob de tail! How you tink to hear, 'spose you keep up such a dam slapping and bitin' dare?"
"Cook," cried Stubb, collaring him, "I won't have that swearing. Talk to 'em gentlemanly."
Once more the sermon proceeded.
"Your woraciousness, fellow-critters. I don't blame ye so much for; dat is natur, and can't be helped; but to gobern dat wicked natur, dat is de pint. You is sharks, sartin; but if you gobern de shark in you, why den you be angel; for all angel is not'ing more dan de shark well goberned. Now, look here, bred'ren, just try wonst to be cibil, a helping yourselbs from dat whale. Don't be tearin' de blubber out your neighbour's mout, I say. Is not one shark dood right as toder to dat whale? And, by Gor, none on you has de right to dat whale; dat whale belong to some one else. I know some o' you has berry brig mout, brigger dan oders; but den de brig mouts sometimes has de small bellies; so dat de brigness of de mout is not to swallar wid, but to bit off de blubber for de small fry ob sharks, dat can't get into de scrouge to help demselves."
"Well done, old Fleece!" cried Stubb, "that's Christianity; go on."
"No use goin' on; de dam willains will keep a scrougin' and slappin' each oder, Massa Stubb; dey don't hear one word; no use a-preaching to such dam g'uttons as you call 'em, till dare bellies is full, and dare bellies is bottomless; and when dey do get 'em full, dey wont hear you den; for den dey sink in de sea, go fast to sleep on de coral, and can't hear noting at all, no more, for eber and eber."
"Upon my soul, I am about of the same opinion; so give the benediction, Fleece, and I'll away to my supper."
Upon this, Fleece, holding both hands over the fishy mob, raised his shrill voice, and cried—
"Cussed fellow-critters! Kick up de damndest row as ever you can; fill your dam bellies 'till dey bust—and den die!"
Elsewhere in the same novel Queequeg, the cannibal harpooner and the narrator's best friend, hops down on the whale-corpse tied alongside their whaling ship and, for exercise, spends a while dispatching the frenzied sharks by stabbing them with a sharp spade around where their brains are presumably located, which, he finds, is the only effective method for shutting them down.
Greer's book comes out at a time when the sharks are indeed ravenous: throughout the world zombie financial institutions, bloated with loans which have gone bad due to a dwindling resource base and a shrinking physical economy, are gorging themselves on free government money, while the governments cannot stop throwing bags of money into their gaping maws for fear of being eaten alive. They seem rather beyond redemption, and Greer acknowledges as much: “When the power of money faces off against the power of violence, money comes out a distant second.” [p. 213]
Books that attempt to look honestly at our contemporary condition often run amok when they attempt to show “the way forward.” What we ought to do is form political coalitions that lock out veto groups, curb the power of corporations, revise the tax code, bring back financial regulations from the 1950s and... so on. This would require reform. However, any reform of a complex system, such as our existing one, involves further investment in social complexity through a wide variety of costly initiatives. And here's the problem: there is no longer either the money or the energy for such initiatives. The default is to just let it collapse, but such an outlook, perfectly reasonable though it is, is generally not regarded as optimistic enough by the people who publish books (New Society Publishers is an exception). Some time ago (during the sustainability movement of the 1970s, which were Greer's formative time) optimistic, reform-minded expositions seemed useful; now they are starting to seem like compulsive anxiety coping behaviors: knock three times on wood, throw a pinch of salt over the left shoulder, mention sustainability and renewables.
One needs better reasons to read Greer than to show concern for the welfare of Western economists, because in all of the preceding chapters he does a through demolition job on their profession—so thorough that it may be more useful to start with fresh kindergartners than to try to reeducate existing economists. The way he does it is engaging enough to make the message palatable even to people who are not particularly concerned with energy or technology or finance, but he can also help dispel the fog for the technically minded people who are in favor of this or that “green” technology which happens to be, more likely than not, a net waste of energy. To explain such notions as “a net waste of energy,” which are counterintuitive for people whose thinking has been conditioned by the availability of cheap and plentiful fossil fuels, Greer delves into thermodynamics and the quality of energy, and explains why using renewable energy sources such as wind and solar to feed the electric grid is a bad idea, no matter how “smart” that grid happens to be, because energy conversion incurs losses that an energy-poor society simply cannot afford. Thanks to his patient and thorough explanations, the reader does not have to be a scientist or an engineer to come to appreciate what an incredible waste of resources it is to squander high-quality (i.e, high-temperature) energy sources such as electricity and natural gas, which are concentrated enough to cut and weld steel, on low-energy tasks such as heating bathwater, or keeping a bed warm—something that can be done with a diffuse, low-energy energy source such as sunlight, or a few furry animals.
Greer's book also serves as a good introduction to the marvels of low-tech, along with an explanation of just how wasteful high technology is, and just how low its productivity is when analyzed in terms of overall resource use rather than in terms of just human labor (a particular blind-spot for the threatened subspecies of economist under discussion in much of the book). Greer knows a lot about technology that is appropriate to a deindustrializing, energy-strapped world: labor-saving devices that do not take exorbitant amounts of energy, fragile international supply chains or dwindling fossil fuel inputs. It turns out that three centuries ago, before industrialization, people were in fact quite clever. The techniques they used were appropriate ones, and limited not so much by lack of better technology as by the scarcity and the intermittent and diffuse nature of the energy sources with which they had to work, and with which we will have to work now that the fossil fuel extravaganza is at its end. Survival certainly does matter; whether economics will still matter is for economists to work out. They should consider themselves helped.







